Afirmacja rzeczywistości [Recenzja książki]

04/04/2018

 

“Tajny dziennik”

Miron Białoszewski

Dla Mirona Białoszewskiego codzienność była obszarem nieustannych poszukiwań. Niechętnie odnosił się do wszelkich form sztuki „oficjalnej”, łączył pasję śmiałego eksperymentowania i swoistą prowokację językową, przełamując istniejące już schematy myślowe i literackie przyzwyczajenia. Drwił z poetyckich konwencji, rzucając wyzwanie tradycji. Jego twórczość nie jest jednak zapisem naturalnego bezładu słów i zdań, lecz bezładem „formowanym”, dzięki czemu nadawał wyraz nowym kategoriom doznań i pojęć.

„Tajny Dziennik” Białoszewskiego sytuuje się na przecięciu rozmaitych form; zespolone zostają tu tradycyjne narracje powieściowe ze stricte dziennikowymi, gatunki paraliterackie mieszają się z klasycznymi formami literackimi.
Prowadzone przez 8 lat notatki zostały podzielone na trzy części, z których każda uzupełnia szczeliny powstałe między inną twórczością prozatorską Białoszewskiego i składa się – dzięki „Tajnemu Dziennikowi” jako łącznikowi – w jedną całość. Czytając dziennikowe zapiski poznajemy okoliczności wyjazdu pisarza do Stanów Zjednoczonych, pobytu w szpitalu czy kilkukrotnych przeprowadzek, które częściowo zostały już wcześniej zarysowane w „Chamowie” oraz „AAAmeryce”.

Białoszewski monologi wewnętrzne wplata pomiędzy znacznie obszerniejszą kronikę społeczną; kronikę PRL-u i relacji międzyludzkich. Zderzają się tam portrety dziesiątek postaci, znanych i nieznanych, wygłaszających rozbudowane kwestie, pojedyncze zdania, a czasem nie mówiące nic. Nie brak plotek, zasłuchanych złośliwości, powtórzonych pogłosek.

„Tajnego Dziennika” nie można umiejscowić obok dziennika pisanego przez Gombrowicza czy Mrożka; daleko mu do tak precyzyjnej, zaplanowanej literackiej obróbki, jaką poddali swoje teksty obaj wymienieni pisarze, bliżej natomiast do formy „Życiopisania”, terminu ukutego przez Henryka Berezę na określenie prozy Edwarda Stachury.
Ryszard Kapuściński, autor „Lapidariów”, które zostały wydane wybiórczo, nie stanowiąc spójnej całości, lecz zbiór oderwanych od siebie zapisków, sceptycznie oceniał tę publikację mówiąc: „Książka nie powinna być kolekcją najlepszych fragmentów, gdyż stanie się czymś w rodzaju ciasta składającego się z samych rodzynek – więc rzeczą niejadalną, niestrawną, a w naszym wypadku – nieczytelną”. Podobny zamysł zdaje się mieć Białoszewski, wynotowując wszystko. Nie skupia się on na wytłuszczeniu najistotniejszych wydarzeń społeczno-kulturalnych, lecz jego proza jest kondensacją epizodów skrajnych aksjologicznie. Czynności przez niego opisane nie ulegają wartościowaniu: równie ważne jest kupno słoika miodu dla Jadwigi, co wieczór autorski czy rozmowa z Czesławem Miłoszem. Obok stanu wojennego, wybrania na papieża Karola Wojtyłę, podobną narracją napisana zostaje rozmowa o pomidorach czy podsłuchana rozmowa sąsiadów.

Białoszewski w swoim dzienniku odchodzi od moralizatorskiej roli poety i zajmuje postawę obserwatora, świadka dziejących się wydarzeń, któremu nie chodzi o wyabstrahowanie z codzienności jedynie wydarzeń wielkiej wagi, ale o wszczepienie w tkankę tekstu wszelkich doświadczonych cząstek rzeczywistości.