“Syndrom złamanej odwagi”. Kambodża po Pol Pocie

09/09/2019

Z polskiej literatury współczesnej najbardziej cenię reportaż. Do tej pory polecałam Wam kilka pozycji:

Tym razem chciałabym Was zachęcić do sięgnięcia po reportaż Wojciecha Tochmana “Pianie kogutów, płacz psów”. Dziennikarz po raz trzeci pochyla się nad zgliszczami, jakie pozostawia po sobie ludobójstwo. Po relacji z Bośni („Jakbyś kamień jadła”) i Rwandy („Dzisiaj narysujemy śmierć”), przenosi się do Kambodży, gdzie spędza z przerwami dziewięć lat.

Co piąty Kambodżanin nie umie pisać ani czytać. Co trzeci ma dostęp do kranu z wodą, co drugi wypróżnia się poza mieszkaniem. Średnia wieku – 25 lat (w Polsce ok. 40). Ludzie powyżej 65. roku życia to niewiele ponad 4 procent wszystkich.

Choroby, korupcja, bieda, pedofilia. Kambodża Tochmana nie ma jasnych kolorów. To kraj, który wciąż żyje w cieniu morderczego reżimu Pol Pota. Czerwoni Khmerzy zabijali całe rodziny. Bez sprawiedliwości, bez sądu, bez przyczyny. Wymordowano co najmniej jedną czwartą ludności Kambodży. Budowa „idealnego”, wyzbytego inteligencji, państwa kosztowała życie nawet 3 mln ludzi. Ich dyktatura zostawiła psychiczny i fizyczny ból nie tylko w ocalałych, ale też w ich dzieciach, wnukach, prawnukach. Każdy z nich dotknięty jest śmiercią. „Bo wojna, wiecie, nie kończy się razem z wojną”.

Miliony ofiar, zniszczona gospodarka, głód, choroby psychiczne, to jedno. Obok tego coś znacznie głębiej trawiącego naród: Baksbat„syndrom złamanej odwagi”. To kulturowy syndrom złożonej traumy, występujące tylko w Kambodży bardzo groźne zaburzenie, przenoszone z pokolenia na pokolenie. Ludzie kryją w sobie silny lęk przed innymi. Relacje międzyludzkie uległy załamaniu (dotyk jest praktyczni nieobecny), nie ma odwagi, by przeciwstawić się złu, by coś zmienić. Zmiana niesie ryzyko, znowu mogą zabijać. „Rosną kolejne pokolenia ślepych na ludzką krzywdę, głuchych na cierpienie innych. Masy ludzi nieczułych”.

Zakrwawione twarze spoglądają na nas codziennie z okładek gazet, stron internetowych. Tysiące ofiar wymienianych bez zająknięcia, pauzy, refleksji. Tochman walczy ze znieczulicą, chociaż potrzeba czasu, by zrozumieć jego technikę: za pomocą lapidarnych, urywanych zdań zarysowuje niemożliwą do pojęcia rzeczywistość. Lektura „Piania kogutów, płaczu psów” dewastuje. Czujemy się przytłoczeni, zmęczeni, fizycznie wręcz zbolali. I to Tochman chce osiągnąć. „By go [czytelnika] zabolało, by poczuł strach, mróz albo smród. Żeby się ubrudził, porzygał albo popłakał z bezradności. Chciałbym, by czytelnik chociaż na chwilę wszedł w skórę bohatera. Żeby zadrżał i pomyślał: i mnie się to może przydarzyć”.

Udaje mu się to.

___________________________

 

Leave a Reply:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *