Dzień z życia nauczycielki polskiego w Chinach

03/12/2018

O 5:15, kiedy wstaję, wszystko wydaje się odrealnione. To wtedy miasto na chwilę wstrzymuje oddech i w uszy uderza coś na kształt ciszy. Siadam na chwilę i delektuję się tym dziwnym, rzadkim tu zjawiskiem. Wiem, że kiedy wrócę, to zniknie. Zabieram termos z gorącą herbatą, zakładam maskę i wychodzę.

Jest ciemno. O 6:30 na moście czeka na mnie jedynie kobieta w żółtym szpiczastym kapeluszu, która zamiata chodnik długim i gęstym pęczkiem gałązek. Popycha pojedyncze listki w stronę wody, pozwalając, by porwał je nurt. Obraz jak z widokówki zakłóca zapach uderzający w nozdrza. Kakofonia oddechów, mieszanka gnijących ryb, wilgoci, ludzkiej obecności. W Chengdu rzadko nie jest pochmurno. Ciężkie skupiska pary wiszą nad przebijającymi niebo budynkami. Pada prawie codziennie, słońce zagląda sporadycznie. Teraz, zimą, trudno zidentyfikować, czy to chmury czy smog zawieszone są na szczytach wieżowców. Mieszkając na 30. piętrze mam bardzo dobry widok na te duszące chmury. (tutaj możesz przeczytać więcej o tym, jak mi się żyje w Chengdu)

Idę dalej. Nie słucham muzyki, lubię wsłuchiwać się w dźwięki miasta. Mieszkam tu 3 miesiące, a z każdym wyjściem z domu czuję się czymś zaskoczona. Tak wcześnie rano nie jeżdżą jeszcze autobusy, więc idę pieszo na kampus uniwersytecki, z którego pojadę autobusem na drugi, nowszy kampus; tam mam zajęcia. Mijam kobietę wyprowadzającą pudla na spacer – zwracam uwagę na jego pofarbowane na różowo uszy. Ciemność osłania grupę młodych Chińczyków, którzy siedzą na środku chodnika i żywo dyskutują przy alkoholu i makaronie. Legła w gruzach opinia, że Chińczycy nie lubią (umieją) się bawić – potwierdzają to tańce i śpiewy na ulicy w czwartkowy poranek. W sklepie obok zaczyna drgać życie. Dostawcy przywożą towar. Przejście zagradza mi wielka, rozbebeszona martwa świnia, leżąca na wskroś chodnika. Sprzedawca ciągnie cielsko na niebieskawej folii w stronę wejścia. Wewnątrz po prawej stronie na hakach wiszą już nogi i płaty mięsa.

Niedaleko jest już kampus i mój przystanek autobusowy. Studenci i wykładowcy mają karty, które przykładają do czytnika, wchodząc do środka. Jako nauczyciel wchodzę pierwszą, uprzywilejowaną kolejką. Wraz z zajęciem miejsca siedzącego, Chińczycy zamykają oczy i wpadają w stan prawie godzinnej hibernacji. Ockną się dopiero po dotarciu na miejsce. Nie przeszkadza im głośno grające radio ani trąbiące samochody, są przyzwyczajeni do egzystowania w chaosie.

Jest jeszcze ciemno, kiedy o 8:15 zaczynam zajęcia. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałam słońce. Sale wyposażone są w multimedialne, dotykowe tablice. Każdy nauczyciel ma mikrofon, nawet w małych salach są bardzo chętnie wykorzystywane przez chińskich wykładowców. Ja mam lekcje z 13 osobami, więc nie będzie mi potrzebny. Studenci schodzą się powoli, w ręce dzierżą termos z gorącą herbatą, suszoną wołowinę, jajko. Gotowane jajka sprzedawane są tutaj na sztuki i często traktowane jako śniadanie. Do tego mocno słodzone mleko sojowe w kartoniku. Lekcje trwają 45 minut, a koniec i początek każdej z nich obwieszcza dzwonek.

Po 10 lub 20-minutowej przerwie o 12:00 wybija wyczekiwana przez studentów godzina – lunch. O tej porze zamiera cały kraj, a przynajmniej jego prowincja Syczuan. Wówczas wszyscy rzucają pracę/szkołę i udają się na zasłużony posiłek. Święty czas, bo i jedzenie tutaj zdaje się mieć jakieś sakralne przymioty. Do 14:00, a nawet 15:00, mogą być problemy z załatwieniem czegokolwiek, bo ludzie najpierw jedzą (obowiązkowo w restauracji, z innymi), a potem ucinają sobie drzemkę. Śpiących studentów można zobaczyć wszędzie – w salach, w stołówkach, na korytarzach. Będą mieli zajęcia do 21:00, więc muszą nabrać sił. Często lekcje trwają także w weekendy, trudno im więc odmówić prawa do odpoczynku.

Chińscy studenci są zupełnie inni niż Europejczycy, pod wieloma względami. Światopogląd, wartości, jakie wyznają, wywołują często zdziwienie w innej części świata. Dla mnie to zdziwienie pomieszane z fascynacją. Bardzo lubię moich studentów i podziwiam ich za to, że uczą się odmiennego, obcego języka. By przybliżyć im nieco polską kulturę, nie tylko gramatykę, organizujemy tzw. Polish Corner, gdzie pokazujemy polskie filmy, opowiadamy o polskiej muzyce, zwyczajach czy tradycjach. Uczenie języka polskiego w Chinach znacznie różni się od uczenia go w Polsce, to oczywiste. To jednak tak rozległy temat, że opowiem o tym w innym poście.

W drodze do domu wstępuję do pobliskiej restauracji po Kung Pao Chicken – jedno z moich ulubionych dań kuchni syczuańskiej. Jest Carrefour i Walmart, więc większość zachodnich produktów można kupić bez problemu. Problemem może być jedynie ich znacznie wyższa niż w Europie cena.

Na moście kobietę ze szpiczastym kapeluszem zastępuje mężczyzna sprzedający psy i koty. Kilka szczeniąt i kociąt jest upchniętych razem w klatce. Staram się wyłączyć empatię i przeprowadzam z samą sobą quasi-racjonalny dialog o sensie adoptowania ich wszystkich.

Przestępuję próg domu. Cisza zostaje zastąpiona przez wiercenie, walenie, trąbienie, buczenie. I piosenki dobiegające z samochodów reklamowych. I krzyki sąsiadów na korytarzu. Trudno mi się skupić.

Wieczorem eksploruję miasto.  Chińczycy lubią karaoke, namawiają do śpiewania, krzycząc głośno na ulicy. Podchodzą, zagadują, nie zniechęca ich fakt, że nie znam chińskiego i nie mam pojęcia, co do mnie mówią. Rozkładam bezradnie ręce, a mężczyzna gestem pokazuje mi, żebym go dodała na WeChacie. Tam pisze do mnie po chińsku, a ja mogę przetłumaczyć jego wiadomości na angielski. Tak porozumiewam się w wielu miejscach. Idę do klubu. Młodsze pokolenie kołysze się na ruchomych-trampolinowych scenach. Ludzie są bardzo przyjaźni, uśmiechają się, zagadują. Najczęściej piją piwo. Najlepszy street food jest o czwartej w nocy.

Monika Mańka

Leave a Reply:

Your e-mail address will not be published. Required fields are marked *