Ulicami warszawskiej Pragi [Recenzja książki]

26/03/2018

Chciałabym Wam polecić książkę jednego z najciekawszych współczesnych polskich pisarzy (niestety, z bólem serca nadmieniam, że nie mamy ich zbyt wielu) – Andrzeja Stasiuka.

Stasiuk sam w sobie jest postacią bardzo interesującą. Mimo że jest warszawiakiem z krwi i kości, zdecydował się opuścić stolicę i zamieszkać w Bieszczadach. Jak sam przyznaje, kryje się za tym olbrzymia potrzeba odosobnienia. “Nie jestem fanem spotykania ludzi, nie czuję takiego zobowiązania. Filozofia spotkania nigdy do mnie nie przemawiała. Nie na darmo wyprowadziłem się tutaj. To nie jest fiu-bździu, że sobie chciałem pokowboić w Bieszczadach, tylko potrzebowałem samotności, żeby nie być rozpraszanym. Prawdziwa wolność jest samotnością. Bez poglądów, bez niczego” – wyjaśnił (więcej w “Życie to jednak strata” – wywiadzie-rzece z pisarzem).

 

“Grochów”

Andrzej Stasiuk

Grochów to jedna z dzielnic Warszawy.

Grochów” Stasiuka to jednak coś znacznie więcej – to zsyntezowana wizja umierania z całą gamą towarzyszących temu procesowi zapachów: zapachem zwęglonego ciała, dziwnego ludzkiego-nieludzkiego odoru rozkładającego się organizmu. Rozłożywszy na cząsteczki cztery opowiadania Stasiuka zebrane pod tym tytułem, możemy wyodrębnić nie tylko małe-wielkie śmierci obecnych tam osób, lecz Grochów to zarazem próba rozliczenia ludzi z niewygodami wynikającymi z przykrego niejednokrotnie obowiązku umierania. W końcu płacimy innym, by uczestniczyli w śmierci, kupujemy ich czas, chcąc zapomnieć o sobie jak o cuchnącej, scalonej mieszaninie tkanek i organów, skazanej na rozkład.
Lapidarna, fragmentaryczna proza Stasiuka tym razem jedynie nieznacznie osadzona jest w tematyce podróżniczej, ograniczając motywy topograficzne do tytułowego warszawskiego Grochowa. Garwolińska, Makowska, wzdłuż torów w stronę Olszynki – wszędzie tam łaskocze nas w nozdrza silna woń butów i pomidorowej ugotowanej na niebieskawym gazie. Woń życia przebywających tam ludzi miesza się z trupim zapachem zwęglonego ciała wsuwanego do pieca. Zabawne, jak aksjologiczne blisko mogą znaleźć się tak biegunowo odległe od siebie atrybuty egzystencji.
O śmierci można pisać różnie. Można tworzyć rozbudowane elegie na cześć tych, którzy odeszli, można w nieskończoność dywagować nad słusznością teorii życia po życiu. Stasiuk w znanym sobie stylu, bez patosu, a zarazem z nutką wzruszającej nonszalancji, przeprowadza nas na drugą stronę tego, co większość z nas przeżyła – gorzkiego pożegnania się z kimś bliskim. Śmierć jest nieodłącznym elementem każdej egzystencji – trywialność tego sformułowania jest łatwa do uchwycenia, lecz zarazem mimo pamięci o tym, czy można się na nią przygotować?
Stasiuk pisze o śmierci rzeczowo, lecz jego proza nie jest wyzbyta czułości, nie rozgrzesza, nie ocenia, nie rozlicza. Quasi psi nekrolog, epitafium na cześć przyjaciela zasklepiają się ze spekulacjami nad własnym życiem, by w końcu stwierdzić: „Trochę inaczej się myśli o czyimś życiu jako rzeczy dokonanej. Trzeba się przyzwyczaić, że już nic się nie zmieni i będziemy mieli tylko przeszłość”. Bo czy to nie właśnie poczucie nieodwracalnego zakończenia napawa nas największym przerażeniem?